Friday, December 12

Wednesday, December 10

♫ jon allen - night and day


miejsce:
być może (warszawa, bagatela 14)

Tuesday, December 9

chopin died!

saturn, mercury, jupiter


miejsca:
kawiarnia wypoczynkownia (warszawa, hoża 29/31)
izumi sushi (warszawa, mokotowska 17)
kotłownia (warszawa suzina 8)
der elefant (warszawa, plac bankowy 1)

Saturday, November 29

Friday, November 28

Friday, November 21

Sunday, November 16

♫ endy yden - are you a wizard?

wszystkie znaki na niebie i ziemi pokazują, że ten blog przestaje mi być powoli potrzebny. nie wiem czy to dobrze czy źle, ale faktem jest, że w ostatnich miesiącach zmieniło się w moim życiu bardzo wiele. począwszy od tego, że mam nową fryzurę, skończywszy na nowym mieszkaniu i nowej pracy. wiele razy zamierzałam tu na bieżąco zdawać relację z moich aktualnych stanów emocjonalnych i przeżyć, ale najwidoczniej to wszystko znajduje teraz ujście w zupełnie innych obszarach, najwidoczniej rozmowy, które toczą się na balkonach, w kuchniach, kawiarniach i parkach, w zupełnością wystarczają, a uczucia zostają wewnątrz i nie ma już we mnie potrzeby tłumaczenia wszystkim wszystkiego. nie wiem czy był to syndrom trzydziestki czy efekt moich spotkań na saskiej kępie, ale te zmiany były mi bardzo potrzebne, a ich efekt jest bardzo pozytywny.

mieszkam teraz w samym centrum miasta, które w półmroku staje się moim osobistym nowym jorkiem. wszędzie stąd można pójść na piechotę, przy dobrej pogodzie także do pracy, do której mam teraz trzy razy bliżej niż wcześniej. zszedł mi z twarzy stres, siwe włosy rosną dużo wolniej, a przyjaźnie, które nawiązałam w poprzedniej firmie trwają nadal, mimo tego, że nie zaczynamy już dnia od wspólnej kawy. miło jest usłyszeć, że zawsze możesz wrócić, że będziemy czekać, ale równie miło jest pracować w normalnej atmosferze, która nie jest podszyta chciwą żądzą sukcesu i pieniądza, a już na pewno nie jest ucieczką od życia prywatnego i od samych siebie, na co naprawdę przykro jest patrzeć. 

pierwszy raz w życiu czuję, że mam wybór, że nie jestem na nic skazana, bo inaczej koniec świata, że nie muszę brać tylko dlatego, że dają. i to jest mega fajne uczucie, i - może to śmieszne - ale dla mnie też trochę nowe. zwłaszcza, że dzięki niemu życie nabiera innej jakości, inaczej się myśli, planuje, tęskni. serce już nie drga, a ciało nie wije się w spazmatycznych emocjach, wszystko dzieje się ze spokojnym sercem, lekką głową i przejrzystą świadomością. uświadomiłam sobie również, że nie żałuję w swoim życiu absolutnie niczego, a zrobiłam naprawdę wiele głupot. co nie zmienia faktu, że dziś nie zdecydowałabym się wielu z nich już powtórzyć i wcale pierwsza część zdania nie przeczy drugiej. nie widzę po prostu powodu, dla którego pewne rzeczy miałabym przeżywać ponownie,  zwłaszcza , że część z nich wydarzyła się wyłącznie po to, żebym mogła się czegoś o sobie nauczyć i mam wrażenie, że wnioski, które miałam wyciągnąć, zostały w końcu wyciągnięte.